31 gru 2014

Podsumowanie 2014

Minął kolejny motoryzacyjny rok. Nieco inny od lat ubiegłych, po prostu stabilny i bez ekstrawagancji. Po zeszłorocznej decyzji o pozbyciu się Tiguana, przywitałem go tylko z jednym samochodem i było tak aż do początku sierpnia. Zresztą samochodowo cały rok był ubogi. Jeździłem tylko sześcioma różnymi modelami, z czego połowa to były Fordy (Fiesta, Focus, C-Max). Pozostałe to: Impreza, V40 oraz MX-5, chociaż nie wiem, czy parę kilometrów jazdy testowej przed niedokonanym zakupem można zaliczyć do "jeżdżenia". Więcej działo się na dwóch kołach. Na urlopie w Wietnamie pojeździłem Yamahami Nouvo, a nieco wcześniej we Florencji pierwszy raz w życiu jechałem Vespą. Regularnie jeździłem też swoim motocyklem. I chociaż sezon zacząłem późno, to przeciągnąłem go aż do 12 grudnia.

Zgodnie z zeszłorocznym postanowieniem odwiedziłem kilka imprez motoryzacyjnych. Zacząłem od targów w Genewie, latem obejrzałem wyścigi DTM na Nürburgringu oraz Formułę 1 na Spa-Francorchamps (tak, po ostatniej zmianie przepisów F1 jest cichsza od DTM i rzeczywiście odbiera to nieco uroku F1, acz nie uważam, żeby to był koniec tego sportu). Całkowity regres nastąpił w oglądaniu polskiego sportu motorowego, nie byłem na Rajdzie Polski (z powodu niezbyt dobrze zaplanowanego wyjazdu do Wietnamu), ani na warszawskiej Barbórce (kiepskie planowanie weekendowego wyjazdu). Podobnie jak w zeszłym roku, odwiedziłem dwa byłe lotniska - w Nowym Mieście nad Pilicą i w Ułężu, przejechałem też Nordschleife. Niestety nie wypalił wyjazd na Tor Jastrząb (na przeszkodzie stanęła górna rura do chłodnicy), ani na jeden z torów na Bliskim Wschodzie - może w przyszłym roku.

Z mniej przyjemnych zdarzeń warto wymienić złapaną gumę, pierwszy raz od wielu lat. Dostałem też dwa mandaty, jeden wiosną na obwodnicy Zambrowa, drugi w Holandii, ostatnio.

Na zakończenie zestawienie zeszłorocznych "naj":
  • najfajniejsze auto: Subaru Impreza 2.5STI
  • najgorsze auto: Fiesta 1.0
  • najmocniejsze auto: 358KM (STI)
  • najsłabsze auto: 65KM (Fiesta)
  • najfajniejsza trasa: dolina Mozeli (V40)
  • najdłuższa trasa: ~1200km z Amsterdamu do Warszawy, a także w przeciwnym kierunku, dwukrotnie (V40)
  • najbardziej wymagająca trasa: po ulicach Ho Chi Minh City (Yamaha Nouvo)

4 wrz 2014

Smart-przyczepka

Ludzie jeżdżąc na wakacje zabierają różne rzeczy. Będąc w Birmie spotkałem Japończyka, który cały bagaż na kilkumiesięczną podróż spakował w niewielki i do tego pustawy plecak. Większość ludzi bierze ubrania i podstawowe przedmioty, które przeważnie zajmują cały plecak lub walizkę. Niektórzy podróżują dodatkowo z namiotem, śpiworem i karimatą. Inni biorą ze sobą cały dom w postaci przyczepy lub samochodu kempingowego. W tym ostatnim przypadku często jako dodatkowe wyposażenie pojawiają się rowery lub skutery, przeważnie przewożone na bagażniku z tyłu samochodu. Ale ostatnio na holenderskiej autostradzie zobaczyłem coś, co wprawiło mnie w lekkie osłupienie. Oprócz roweru jako wyposażenie wakacyjne ktoś postanowił zabrać ze sobą niewielki samochód.
Ciekawe, czy podróż Hymermobilem ze Smartem na holu jest prostsza od jazdy zwykłym samochodem z przyczepą kempingową.

Natomiast zupełnie nie jest zaskakujące miejsce tego spotkania - Holendrzy to chyba najbardziej "kempingowy" naród świata. Belgowie się z nich śmieją, że każdego lata tłumy ich północnych sąsiadów suną z przyczepami na południe Europy przy okazji korkując Belgię. W lipcu i sierpniu na Lazurowym Wybrzeżu żółte rejestracje są niemal tak powszechne jak w Niderlandach, a spora część tych samochodów przyjeżdża właśnie z przyczepami. Jak widać czasami jest na odwrót, samochód przyjeżdża jako przyczepa :)

2 wrz 2014

Formuła E - pierwsze przemyślenia

Coraz większymi krokami zbliża się pierwszy wyścig Formuły E. Znakiem czasów są co najmniej dwa fakty: bolidy są elektryczne, a pierwszy wyścig odbędzie się w Pekinie. Inauguracja w Chinach może być oczywiście zbiegiem okoliczności, choć nie wierzę, że taka decyzja pozostawiona była przypadkowi tam, gdzie aktywne są działy marketingu sponsorów, FIA i innych zaangażowanych firm. Wygląda więc na to, że środek ciężkości przenosi się znad północnego Atlantyku w stronę Pacyfiku. Na szczęście jednak nie stanie się to z dnia na dzień, bo spośród krajów azjatyckich, Formuła E gościć będzie jeszcze tylko w Malezji. W Europie zaplanowane są trzy wyścigi, a w USA - dwa. Kolejne dwa odbędą w Ameryce Południowej. Nie wiadomo jeszcze, gdzie odbędzie się wyścig 14 lutego. Ja stawiam na Azję, a czarnym koniem jest Bliski Wschód, bo tam niewątpliwie są pieniądze, ale nie wiem, czy szejkowie przychylnym okiem spojrzą na pojazdy, które nie zużywają ani grama benzyny.

Ciekawostką jest, że mimo udziału zespołów z różnych krajów, powstała jedna baza dla wszystkich bolidów, która znajduje się przy torze Donington Park w Wielkiej Brytanii. Zapewne związane to jest faktem, że w pierwszym sezonie wszystkie zespoły korzystają z identycznego pojazdu, zbudowanego przez Spark Racing Technology (nie przejmuj się, jeśli nigdy nie słyszałeś/-aś o tej firmie, powstała raptem dwa lata temu) przy współpracy z Renault. Nadwozia produkuje Dallara (tę firmę powinieneś znać, jeśli interesujesz się wyścigami). Baterie dostarczy Williams, silnik i elektronikę McLaren, a opony Michelin. Ale nie będą to slicki, wety i intermediaty znane z innych serii wyścigowych. Tym razem będą to niskoprofilowe osiemnastki z bieżnikiem, które mają być używane bez względu na pogodę. Oficjalny argument jest następujący "Less rubber, less consumption, green tyres, and almost road tyres", czyli w wolnym tłumaczeniu "bolidy mają tak marne osiągi, że nie potrzebujemy slicków". Dodam jeszcze, że każdy zespół dostanie 12 opon na cały weekend wyścigowy na oba samochody, tzn. sześć opon na bolid musi wystarczyć na treningi, kwalifikacje i wyścig. Już widzę te gorące dysksje wewnątrz zespołów, czy lepszemu kierowcy dać na wyścig nowy zestaw opon, czy może podzielić opony po równo, a może warto zostawić jedną bądź dwie w zapasie na wypadek przebicia w trakcie wyścigu. To może być bardziej emocjonujące niż strategie różnej liczby pitstopów w F1 ;-)

Jak widać, nie jestem wielkim entuzjastą nowej serii, a głównym tego powodem są osiągi samego bolidu, który ma ważyć co najmniej 888kg i mieć moc maksymalną około 270KM, która będzie dostępna jedynie w czasie treningów i kwalifikacji. Na czas wyścigów moc będzie obniżana do ~200KM. Jednak FIA udało się wprowadzić do Formuły E coś nowatorskiego - oczywiście poza tym, że ścigać się będą pojazdy bez silnika spalinowego - otóż w trakcie wyścigu przez pięć sekund kierowcy będą mogli skorzystać z dodatkowej mocy ~40KM. Podobne rozwiązania były i są wykorzystywane w innych seriach (np. w DTM można opuścić tylny spojler, żeby zmniejszyć opór powietrza), jednak w tym przypadku dodatkowa moc nazywa się FanBoost i będzie dostępna tylko dla trzech kierowców, którzy... dostaną najwięcej głosów od kibiców. Jeśli kogoś to zainteresowało, głosowanie i więcej szczegółów jest tu: fanboost.fiaformulae.com.

Podsumujmy: 200KM, 890kg, prędkość maksymalna 225km/h (dla porównania Formuła 3: 225KM, 565kg, ~270km/h), opony z bieżnikiem starczające na kilkaset kilometrów wyścigowych. Nawet jeśli dodamy do tego kilku emerytowanych kierowców F1, którzy wystąpią w tym cyklu, nadal nie spodziewam się mieszanki wybuchowej. Zamierzam jednak obejrzeć kilka wyścigów inauguracyjnego sezonu, żeby przekonać się, czy te elektryczne wynalazki, w których same baterie ważą ponad 300kg, mogą dostarczyć prawdziwie wyścigowych emocji. Ale nawet mimo sporego sceptycyzmu (nie dało się go ukryć, prawda?) będę kibicował Formule E. Od drugiego sezonu zespoły będą mogły budować swoje bolidy, a to na pewno będzie sprzyjało zarówno widowiskowości, jak i rozwojowi technologii. I być może uda się nam doświadczyć niewidzianego od kilkudziesięciu lat szybkiego transferu rozwiązań technicznych ze sportu na ulicę.

Byłbym zapomniał o największym dotychczasowym sukcesie FIA, mianowicie współzałożycielem jednego z zespołów, a konkretnie Venturi, jest nie kto inny, jak Leonardo DiCaprio!

29 sie 2014

DTM na Nürburgringu

Dawno nie byłem na żadnej imprezie motoryzacyjnej. Co prawda wiosną odwiedziłem wystawę w Genewie, ale od zeszłorocznej Barbórki warszawskiej omijałem sport motorowy - a może to sport omijał mnie. Z olbrzymim żalem opuściłem tegoroczny Rajd Polski, który ponownie rozgrywany jest wczesnym latem. Niestety kiepskie planowanie spowodowało konflikt terminów i nie zdążyłem na czas wrócić z urlopu. Postanowiłem więc nadrobić zaległości. Pierwotnie zamierzałem wybrać się na wyścig Formuły 1 na pięknym torze Spa-Francorchamps, ale po krótkim namyśle postanowiłem nie czekać i skorzystałem z wcześniejszej okazji. Wybrałem się na wyścig DTM na torze Nürburgring.

Z racji podjęcia decyzji o wyjeździe niemal w ostatniej chwili hotel zarezerwowałem tuż przed wyjazdem, tzn. w piątek wieczorem. Najbliższe wolne pokoje były 50km od toru i kosztowały 65€. Przebiegła mi jeszcze przez głowę myśl, żeby nie robić rezerwacji i poszukać pokoju do wynajęcia w jednym z miasteczek w pobliżu toru, jednak nie zdecydowałem się ten ruch. I to chyba była dobra decyzja, bo tabliczkę "Zimmer Frei" wypatrzyłem tylko w jednym miejscu. Rozważałem też wzięcie namiotu, ale prognoza pogody - 10 stopni i deszcz, szybko mnie odwiodła od tego pomysłu. Ostatecznie wybór hotelu okazał się udany, głównie za sprawą urokliwego położenia w małym miasteczku w dolinie Mozeli, gdzie chcąc nie chcąc wieczór należało spędzić z kieliszkiem lokalnego wina. Polecam! Lekcja na przyszłość: jeśli chce się mieszkać blisko toru, hotel należy rezerwować z wyprzedzeniem.

Trochę mniej szczęścia miałem z biletami na wyścigi. W sobotę wczesnym popołudniem wszystkie miejsca na "złotych" trybunach były już wyprzedane i pozostały jedynie trybuny "srebrne" lub "brązowe". Spośród srebrnych, wolne miejsca były na trybunach 12a, 5a i 10b. Za radą kasjerki wybór padł na tę ostatnią. Alternatywą była 12a, a podobno najmniej atrakcyjna z tych trzech jest trybuna 5a. Ku pamięci: weekendowe bilety na trybunę złotą kosztowały 55€, na srebrną - 40€, a na brązową - 30€. Wstęp na padok kosztował dodatkowo 30€. W przedsprzedaży było to odpowiednio: 52, 36, 26 i 25€, czyli oszczędność wynikająca z wcześniejszego zakupu nie jest duża, ale niewątpliwą zaletą jest większa dostępność dobrych miejsc. À propos pieniędzy, przy torze są bankomaty firmowane przez Sparkasse, ale niestety nie udało się z nich skorzystać, mimo że na wyświetlaczach były widoczne loga Visa, Maestro i MasterCard. Także o wypłacie warto pamiętać przed przyjazdem na tor, bo o ile za bilety można zapłacić elektronicznie, to już w stoiskach z jedzeniem trzeba korzystać z gotówki.

Na koniec praktycznej części notki dwa słowa o parkingach. Od strony trybuny głównej parkingi są oznaczone literą B i w sobotę popołudniu te najbliżej toru były już zajęte. Najbliżej trybuny T10b jest parking C8, ale o 10 rano w niedzielę był już zajęty, szczęśliwie parking C7 też jest dość blisko. Zaletą parkingów po tej stronie toru jest względnie szybki wyjazd w kierunku autostrady nr 1 i tylko pierwszy skręt w lewo na drogę 258 może być trudny, więc warto rozważyć wyjazd w kierunku południowo-zachodnim do drogi 257, z której na drogę 258 można wjechać na bezkolizyjnym skrzyżowaniu.

Ale przecież nie po to piszę tę notkę, żeby rozprawiać o logistyce. Najważniejsze były wyścigi. Oprócz DTM, czyli chyba najważniejszej niemieckiej serii wyścigowej, można było obejrzeć Porsche Carrera Cup Deutschland, europejską Formułę 3, Volkswagen Scirocco R-Cup oraz Auto GP. Tych dwóch ostatnich nie udało mi się obejrzeć w akcji. Z pozostałych, najbardziej widowiskowy był oczywiście wyścig DTM. Jednocześnie był to wyścig zdecydowanie najdłuższy, bo trwał ponad godzinę (49 okrążeń) i najgłośniejszy. Porsche były znacząco cichsze, mimo niewielkiej różnicy pojemności (Porsche 3.8 B6 460KM, DTM 4.0 V8 około 500KM). O Formule 3 z zaledwie czterocylindrowymi dwulitrówkami w kontekście dźwięku nie warto wspominać, choć to nie znaczy, że w trakcie wyścigu było cicho. Na pewno nie było też wolno, bo bolidy F3 mają około 225KM, a ważą jedynie 565kg (z kierowcą) i wykręcają czasy nieco lepsze od DTM.


Zanim jeszcze przekonałem się, jak brzmią różne silniki, zajrzałem na padok. Największą jego atrakcją miał być 45-minutowy pitwalk, który mnie nieco rozczarował. Zespoły nie pracowały przy samochodach, na wszystkich stały tabliczki "Parc fermé, Do Not Touch!". W porównaniu z parkiem serwisowym na rajdach tutaj po prostu wiało nudą. W tej sytuacji największą atrakcją były dziewczyny trzymające znaczki z nazwiskami kierowców. Niestety z powodu pogody żółte stroje nie były tak skąpe jak zwykle ;-)

Ale nie ma co narzekać, nie nogi przyjechałem oglądać. Inne widoki na padoku były bardziej interesujące, chociażby ciężarówki. Zespół Mercedesa przyjechał Actrosami, Audi - z racji powiązań finansowych z Volskwagenem - Manami. Zastanawiałem się, jakiego wyboru dokonało BMW, które nie ma w ofercie ciężarówek. Okazało się, że również postawiło na Many, być może dlatego że siedziby obu firm oddalone są o zaledwie kilka kilometrów. Najwygodniejszym środkiem transportu na padoku jest skuter, większość to raczej poręczne pięćdziesiątki i stodwudziestkipiątki, ale BMW przywiozło też C evolution, czyli maxiskuter elektryczny, oczywiście "powered by M".

Oczywiście oprócz serwisów zespołów wyścigowych były też osobne serwisy oponiarskie. DTM ma umowę z Hankookiem, podobnie Formuła 3, Scirocco jeździły na Dunlopach, a Porsche - na Michelinach. Zużyte opony cieszyły się dużym powodzeniem i sam też się zastanawiałem, czy nie wrzucić jednego lub dwóch slicków do bagażnika, ale nie przyszedł mi do głowy żaden sensowny pomysł na zagospodarowanie takiego trofeum. Niestety DTM jeździ na osiemnastkach, które nie pasują na żaden z dostępnych mi pojazdów. Wróciłem więc z pustymi, za to czystymi, rękami.


Po obejściu padoku przyszła pora na prawdziwe ściganie. W planie miałem obejrzenie wyścigów Carrera Cup i Auto GP. Jednak jak to w sporcie bywa, plany szybko legły w gruzach. Zaraz po starcie Carrera Cup wyścig został przerwany z powodu dość poważnie wyglądającego wypadku. W jego wyniku do szpitala trafił jeden kierowca - jak się później dowiedziałem był to Robert Lukas, jedyny Polak startujący w niemieckim Carrera Cup - a ściąganie rozbitych samochodów i sprzątanie toru trwało na tyle długo, że nie czekałem już na wznowienie wyścigu. W zamian skorzystałem z okazji i zrobiłem jedno kółko po pętli północnej, która tego dnia była otwarta dla "turystów", koszt dziesięciu minut przyjemności to jedyne 27€. Po tej krótkiej rozrywce udałem się do wspomnianego już hotelu, po drodze nie odmawiając sobie Flammkuchen, czyli tradycyjnej, wiejskiej potrawy jakby w formie bardzo cienkiej pizzy, zrobionej z ciasta chlebowego z sosem śmietanowym, cebulą i boczkiem (tym razem zamiast boczku były kurki). To jest moje ulubione niemieckie danie - być może dlatego, że tak naprawdę pochodzi z Alzacji. ;-)

W niedzielę w okolice toru udało się dotrzeć dopiero o 10, więc już po wyścigu Scirocco R-Cup, a to znaczy, że nie zobaczyłem w akcji samochodów na gaz ziemny (CNG). Na trybunę wszedłem w trakcie drugiego wyścigu Porsche Cup.


Następnie był wyścig Formuły 3.


W tym wyścigu w barwach Red Bulla jechał Max Verstappen, syn byłego kierowcy F1 - Josa. Max niestety nie dotarł do mety, bo na pięć okrążeń przed końcem silnik dostarczony przez Volskwagena wyzionął ducha. Jednak mimo tej awarii Max miał nie najgorszy tydzień. Raptem kilka dni wcześniej dołączył do zespołu Red Bull
Junior Team, a już następnego dnia po pechowym wyścigu pojawiła się informacja, że od następnego sezonu będzie jeździł w zespole Toro Rosso w Formule 1. Będę trzymał za niego kciuki i mam nadzieję, że przyćmi swojego ojca, który jeździł w F1 8 sezonów i dwa razy stanął na podium. Ciekawostką jest, że matka Maxa - Sophie Kumpen też ma doświadczenie wyścigowe, w młodości uprawiała karting i w roku 1995 wygrała prestiżowe Trofeo Margutti. Maxowi nie udało się powtórzyć tego wyczynu w 2012.

Wróćmy jednak do DTM, po wyścigu Formuły 3 była dłuższa przerwa, którą wykorzystałem na kolejną wizytę w padoku połączoną z pitwalkiem, tym razem nieco ciekawszym, bo w niektórych boksach jeszcze coś się działo. Zastanawiające jest, że silniki były przykryte płachtami, które były zdejmowane tuż przed założeniem maski i to w taki sposób, żeby nie odsłonić silnika gapiom.


Tym razem nie było dziewczyn z Deutche Post, w ramach pocieszenia przy Audi sponsorowanym przez Playboya były króliczki. Był także koncert Andreasa Bouraniego - niemieckiej gwiazdki pop. Ale prawdę powiedziawszy mało kto zwracał na niego uwagę.


Po tych wszystkich atrakcjach, oraz po zjedzeniu przesolonych frytek, wróciłem na trybuny, żeby obejrzeć główny wyścig weekendu. Okazał się dość emocjonujący, acz niestety większość ekscytujących wydarzeń miała miejsce w innych częściach toru, więc można je było zobaczyć jedynie na telebimie. Ale i pod nosem było dość ciekawie, bo hamowanie do ostrego zakrętu, a potem krótka prosta dostarczały ciekawych wrażeń, w tym również dźwiękowych. Fajnie było oglądać Augusto Farfusa (BMW), który po wczesnym pit stopie wymuszonym przez kolizję z Jamie Greenem (Audi) jadąc na miękkich oponach na każdym okrążeniu wyprzedzał co najmniej jednego przeciwnika. Niestety, kiedy przeciwnicy zmienili opony na miękkie, a Farfus na twarde, role się odwróciły i niebiesko-zielone BMW traciło pozycje z każdym kółkiem. Nie doczekawszy deszczu, który mógłby mu pomóc - do czego przyznał się po wyścigu - Augusto zjechał do boksów przed
końcem wyścigu. Ciekawy pojedynek stoczyli też Timo Glock (BMW) i Gary Paffet (Mercedes), sporo było przepychania i wyprzedzania, ostatecznie zwycięsko z tej walki wyszedł Paffet, który dzięki temu zajął... 16 miejsce (15. po tym jak Joey Hand (BMW) dostał 30 sekund kary za niebezpieczny wyjazd z pitstopu już po zakończeniu wyścigu). Na czele nie było aż tak wielu emocji, pierwsze trójka nie zmieniła się od drugiego okrążenia aż do końca, z wyjątkiem dwóch kółek w trakcie których czołówka zjeżdżała na pit stop. Ostatecznie pierwsze miejsce zajął Marco Wittmann (BMW), drugie - Mike Rockenfeller, trzecie - Edoardo Mortara (obaj Audi). Na dwóch ostatnich miejscach przyjechali "emeryci" z Formuły 1 - Timo Glock (BMW) i Witalij Pietrow (Mercedes). Honor kierowców F1 uratował Paul di Resta, który był czwarty i jednocześnie najszybszy z kierowców Mercedesa.


Po wyścigu DTM były jeszcze dwa inne wyścigi, ale nie czekałem już na nie, tylko udałem się do domu na spotkanie z kumplem z liceum, który postanowił mnie odwiedzić "po drodze do Bremy". Udany weekend zakończył się udanym wieczorem przy holenderskim piwku.


PS. Na Formułę 1 do Belgii tydzień później też pojechałem :)

13 sie 2014

Trzy w jednym we włoskim wydaniu

Wiosną tego roku spędziłem kilka dni we Florencji i przy tej okazji trochę niespodziewanie zdarzyło mi się przejechać skuterem. Pojazdem, który dostałem w swoje ręce, była dwudziestoletnia Vespa PX 125. Muszę przyznać, że pierwszy raz od dłuższego czasu - chyba od kiedy mam prawo jazdy - operowanie biegami sprawiało mi trudności. Na swoje usprawiedliwienie mam poniższe zdjęcie.


Jak widać lewą ręką trzeba obsłużyć sprzęgło, biegi i kierunkowskazy, czasami jednocześnie. A to wszystko w centrum włoskiego miasta. Zaświadczam, że nie jest to trywialne, acz oczywiście wykonalne przez przeciętnego zjadacza chleba, czego najlepszym dowodem jest fakt, że Vespa - po kilku latach przerwy - znów ma w ofercie model PX z czterema biegami zmienianymi z kierownicy. W miarę możliwości, polecam każdemu jazdę testową, bo doświadczenie jest ciekawe.

Jednak mimo niewątpliwego uroku Vespa PX na razie nie trafia na krótką listę potencjalnych zakupów. I to właśnie z powodu skrzyni biegów. Ale nie dlatego, że nie umiem jej obsługiwać - jak widać jakoś sobie poradziłem i nie zostałem rozjechany przez chmarę włoskich skuterów na jednym z florenckich skrzyżowań - po prostu uważam, że miejski skuter powinien być jak najprostszy w użytkowaniu, a to oznacza, że powinien mieć automatyczną skrzynię biegów. Poszukiwania trwają.


PS. Jakbym miał nadmiar gotówki, to rozważyłbym zakup Vespy 946. Ale mimo że wygląda zjawiskowo, jej zaporowa cena (prawie 40kPLN!) stanowi obecnie przeszkodę nie do pokonania.

7 sie 2014

Spotkane na autostradzie

Fajne dodatki nie zrobią z Sharana fajnego samochodu, ale mogą wywołać duży uśmiech na twarzy. To diabelskie logo sprawiło, że przez chwilę zastanawiałem się, czy da się to zamontować w którymś z moich pojazdów. Na szczęście się nie da :)

4 sie 2014

Służby kontrolne ZDM

Nie pochwalam unikania opłat za parkowanie i sam zasadniczo korzystam z parkomatów, jeśli zostawiam samochód w ich zasiegu (no chyba, że akurat skonczyły mi się drobne). Ale jeszcze bardziej nie pochwalałam bezrozumnej nadgorliwości. Naprawdę nie wiem, co przyświecało strażnikom, którzy wystawili tyle mandatów, czy też raczej wezwań do zapłaty. Podejrzewam, że właściciel tego auta nie uniknie tych opłat ("sprawdzić, czy nie ksiądz", lub poseł, lub siostrzeniec komendata, itp.), ale ciekawi mnie, czy któryś ze strażników/kontrolerów wyszedł poza schemat i na przykład próbował skontaktować się z właścicielem, albo przynajmniej sprawdził, czy pojazd nie figuruje jako skradziony.

30 lip 2014

3 cylindry? Nie, dziękuję.

W jeden z lipcowych weekendów potrzebowałem samochodu, a od czasu oddania Tiguana pozostaję bez tego podstawowego środka transportu. Nie pozostało więc nic innego jak skorzystanie z wypożyczalni. Zamówiłem samochód w "klasie Mini" i pierwotnie miałem dostać Fiata 500, ale przy odbiorze okazało się, że jeszcze nie wrócił z myjni, więc ostatecznie dostałem trzydrzwiowego Forda Fiestę. Nawet się ucieszyłem, bo bardzo mi się podoba Fiesta z nowym przodem, a do tego wiele dobrego słyszałem o jej zawieszeniu i już od dłuższego czasu miałem ochotę nią pojeździć.


Pierwsze wrażenie było pozytywne. Co prawda kierownica była plastikowa, ale regulowana w sporym zakresie, podobnie jak wygodny fotel. Nieco rozczarował mnie dźwięk zamykanych drzwi, a bardzo zdziwił ich ciężar i długość. Jako samochód miejski zdecydowanie bardziej przydatna byłaby odmiana pięciodrzwiowa, choć odbyłoby się to kosztem wyglądu. Moim zdaniem Fiesta 3d po ostatniej modernizacji to najładniejszy samochód w swojej klasie. Wygląda dynamicznie z boku, bardzo agresywnie z przodu i jedynie tył nieco odstaje, choć to akurat jest przypadłość dotykająca kilka innych modeli (np. Clio).

Zachęcony wyglądem i niezłymi opiniami uruchomiłem silnik i... zdziwiłem się, bo usłyszałem dźwięk, który próbowałem zidentyfikować przez kilka następnych sekund. Po chwili mnie olśniło. Ten sam odgłos pracy pamiętam z Daewoo Tico, które pożyczałem od mamy pod koniec lat 90-tych.
Pod maską Fiesty niewątpliwie pracował trzycylindrowiec. Szybko się okazało, że niestety nie jest to żadna z mocniejszych wersji EcoBoost, a najsłabsza dostępna jednostka o mocy jedynie 65KM. W gęstym ruchu miejskim taka moc jest wystarczająca, ale już przyspieszanie na autostradzie stanowiło nie lada wyzwanie, a każde, choćby niewielkie, wzniesienie było natychmiast odczuwalne.

Jazda po krętych drogach dostarczała dość dziwnych wrażeń. Z jednej strony słaby silnik, który nawet wysoko kręcony nie pozwalał na szybkie wyjście z zakrętu. A z drugiej - doskonałe zawieszenie, które zachęcało do szybkiej jazdy. To mógłby być niezły samochód do stawiania pierwszych kroków w sporcie, bo nagradza odważną jazdę, a karze zbyt zachowawcze wejścia w zakręty. Oczywiście stosunek mocy do masy (945kg) raczej nie pozwoliłby na zajmowanie dobrych miejsc, ale nauka byłaby wspaniała.

Nie wspomniałem jeszcze o skrzyni biegów, ale nie bardzo jest o czym wspominać. Miała pięć biegów do przodu, jeden do tyłu. Nie haczyła, nie zgrzytała, po prostu była. I to bardzo dobrze o niej świadczy, bo skrzynia biegów powinna być niezauważalna, nawet jeśli jest to manual.

Reasumując, Ford zrobił bardzo dobry samochód. Choć według moich standardów wersja 1.0 65KM jest dużo za słaba, to do codziennych dojazdów do pracy i do sklepu nadaje się doskonale. Przy czym na zatłoczone supermarketowe parkingi zdecydowanie lepsza jest odmiana 5d. Po spojrzeniu na stronę Forda wydaje mi się, że jeździłem wersją Style, czyli drugą od dołu z dostępnych na holenderskim rynku. I już w tej wersji były wszystkie niezbędne gadżety: klimatyzacja, fabryczne radio ze sterowaniem z kierownicy, elektrycznie sterowane szyby i lusterka (to już powinien być standard, ale ciągle zdarzają się nowe samochody z korbkami), a nawet Hill Start Assist, czyli asystent ruszania pod górkę. Brakowało mi jedynie tempomatu i skórzanej kierownicy. Fajnie, że już od tego poziomu wyposażenia Ford montuje opony w rozmiarze 195/50R15 zamiast standardowych czternastek.

Na koniec jeszcze dwa słowa o dostępnych silnikach. W Polsce można wybierać między 1.25 60KM / 82KM, 1.4 96KM, 1.6 105KM (wszystkie wywodzą się z rodziny Zetec wprowadzonej w połowie lat 90-tych), trzycylindrowymi 1.0 80KM (wolnossący), 1.0 100KM / 125KM (oba EcoBoost) i w końcu 1.6 182KM. A do tego dwa diesle 1.5 75KM i 1.6 95KM. Ten drugi silnik jest dobrze znany - występuje w różnych odmianach w większości aut Forda i PSA. Ale diesel o pojemności 1.5 to była niezła zagadka. Po dłuższych poszukiwaniach znalazłem informację, że jest to konstrukcja oparta na silniku 1.6, ale ze zmniejszoną średnicą tłoka. Przy okazji okazało się, że przegapiłem informację, że diesel 1.6 kilka lat temu dostał ośmiozaworową głowicą SOHC zamiast wcześniej montowanej szesnastozaworowej DOHC - ciekawa zmiana, podobno wynikająca z konieczności spełnienia kolejnych norm emisji szkodliwych substancji (więcej informacji m.in tutaj).

W Holandii wybór silników jest mniejszy, dostępny jest tylko mocniejszy z diesli oraz cztery różne wersje benzyniaka 1.0 - 65, 80, 100 i 125KM - wszystkie z systemem Auto Start Stop. Jest też 1.6 182KM. To pokazuje, jak lokalne przepisy podatkowe wpływają na decyzje producentów i dealerów odnośnie oferowanych silników. W Holandii podatek za prywatne użytkowanie służbowego samochodu uzależniony jest od emisji CO2. Niska stawka podatkowa jest jedną z podstawowych informacji wykorzystywanych w reklamach. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu na holenderskim rynku Ford nie oferuje żadnej ze starszych jednostek napędowych.

A czy kupiłbym sobie Fiestę? Wersji trzycylindrowej wolnossącej - na pewno nie. Ale ST być może tak, choć konkurencja w postaci 208 GTI i Clio R.S. jest wyjątkowo mocna.


P.S. Dużo wskazuje na to, że jednak w najbliższym czasie pozyskam jakieś wozidło, bo długotrwały brak samochodu jest trochę jak brak zmywarki. Niby nie jest potrzebna codziennie i da się bez niej żyć, ale lepiej mieć niż nie mieć. I o ile zmywarki nie planuję nabywać, to brak samochodu staje się zbyt dokuczliwy.

15 lip 2014

A może 125cm3?

Pisałem pod koniec zeszłego roku, że po kilku latach przerwy powróciłem do regularnej jazdy na dwóch kołach. Nie są to może tysiące kilometrów w sezonie, jak to dawnej bywało, ale kask zakładam regularnie i przynajmniej już się nie boję, że zapomnę podstawowe nawyki.

Wspomniałem też, że w czasie poprzedniego urlopu zakiełkowała we mnie sympatia do skuterów. W czerwcu ponownie byłem na urlopie i znów miałem okazję pojeździć skuterami. Co prawda wszystkie były z automatyczną skrzynią biegów, ale za to dosiadłem aż ośmiu różnych egzemplarzy. Za każdym razem była to Yamaha Nouvo, w różnym wieku i w rozmaitych wersjach. Starsze modele miały silnik 115cm3, a nowsze - 135cm3. Oczywiście ten drugi dawał nieco większą frajdę z jazdy. Ale i ten mniejszy zapewniał wystarczające osiągi. A dzięki dość sztywnej konstrukcji ramy jazda po zakrętach też była bardzo przyjemna.

Te wakacyjne przeżycia, w połączeniu z niedawno przegłosowaną nowelizacją ustawy, dzięki której prawo jazdy kategorii B ma uprawniać do prowadzenia motocykli o pojemności do 125cm3 (czeka jeszcze na podpis prezydenta), ponownie prowadzą mnie do myśli o zakupie skutera. Zaraz, zaraz... ja przecież mam prawo jazdy kategorii A, więc mogę jeździć motocyklami dowolnej pojemności! Nie zmienia to faktu, że w mojej głowie znów zagościł pomysł zakupu skutera. Na razie gram na zwłokę, może samo przejdzie ;-)

4 lip 2014

Taksówki w Warszawie

Jeżdżę czasami po Warszawie taksówkami i niezmiennie zaskakuje mnie rozrzut cen, jak i pojazdów. Ceny jako temat mało motoryzacyjny pozostawię, wspomnę za to o samochodach. Oczywiście przeważnie trafiają się Skody, Mercedesy, czy niedobitki po Peugeotach z MPT, ale pewnego razu wypatrzyłem Subaru Forester! Nie jestem pewien wersji, ale to musiała być wersja bez turbo, w przeciwnym wypadku zyski mogłyby nie pokryć kosztów eksploatacji. Choć podobno silniki 2.5T całkiem nieźle znoszą instalację gazową.

Nietypową taksówką, którą nawet jechałem, był Rover 75. Obowiązkowo z drewnem w środku. Tym razem też nie jestem pewien wersji silnikowej, ale na pewno nie było to 4.6 V8 ;-)

1 lip 2014

Z ilu części składa się samochód?

Czytając dziś materiały o rozwoju branży motoryzacyjnej natknąłem się na informację, że sto lat temu fabryki samochodów produkowały wszystkie części same, podczas gdy teraz korzystają z poddostawców gotowych komponentów. Oczywiście jest ku temu wiele powodów, ale jednym z nich jest fakt, że pierwsze samochody składały się z około 700 części, podczas gdy obecne mają ich około trzydziestu tysięcy. Ciekawe, prawda? :)

30 kwi 2014

When you buy a Ferrari...

Od czasu do czasu rozmawiam ze znajomymi o samochodach marzeń i wtedy w rozmowie pojawiają się Porsche, czy Lamborghini które przeważnie puentuję stwierdzeniem, że to są doskonałe samochody, które doceniam i szanuję, ale "chemii brak". Oglądając dziś końcówkę jakiegoś strasznie starego odcinka Top Gear usłyszałem cytat, który doskonale tłumaczy, dlaczego ze wszystkich super-samochodów to właśnie Ferrari najbardziej przemawia do mojej wyobraźni. Podsumowując test Lamborghini Gallardo Jeremy Clarkson powiedział "I do truly believe that it's a better car than a Ferrari 360. But when you buy a Ferrari you're getting so much more than just a car. You're getting that whole kind of golden glow of fifty years of Ferrari ownership".

Z jakiegoś powodu aura i - nie boję się powiedzieć - magia otaczająca Ferrari przemawia do mnie o wiele bardziej, niż Lambo, Porsche, czy nawet Bugatti. I dlatego też, nawet jeśli w obiektywnych i mierzalnych kategoriach jest dużo samochodów lepszych od Ferrari, to mając nadmiar wolnej gotówki patrzyłbym właśnie w stronę Maranello.

Reguła ta przenosi się także na samochody bardziej osiągalne. Być może powodem, dla którego niemieckie auta wygrywają dużą część testów w prasie motoryzacyjnej, jest fakt, że w sferze mierzalnej są to lepsze samochody.* Ale nie jest to na pewno jednoznacznie z tym, że niemieckie samochody sprawiają więcej radości od, dajmy na to, włoskich czy francuskich. I kiedy na przeciwko siebie stają Ferrari i Porsche, Renault i Volkswagen, czy Fiat i Seat, liczby przegrywają z emocjami.

Także moje ostatnie doświadczenia pokazują, że wybór samochodu nie sprowadza się tylko do porównania liczb, bo samochód ma tyle wymiarów, że każdy drobiazg może przewrócić klasyfikację do góry nogami. Acz muszę przyznać, że niektóre liczby jednak przekładają się na przyjemność z jazdy, czego najbardziej oczywistym przykładem jest liczba koni mechanicznych. Okazuje się, że znacznego niedoboru KM nie rekompensuje nawet wiatr we włosach. Szukając samochodu na lato zacząłem od Mazdy MX-5 NB i ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu niezbyt mocny silnik 1.8 nie zapewnił wystarczająco pozytywnych wrażeń nawet mimo względnie niskiej masy Mazdy. A ponieważ na tytułowe Ferrari ciągle mnie nie stać, chwilowo zawiesiłem poszukiwanie kabrioleta.

Suplement: W weekend jednym okiem oglądałem odcinek serialu o Annie German, gdzie przewijał się czerwony czterodrzwiowy kabriolet. Po krótkim śledztwie okazało się, że to jest przerobiona Simca 1301/1501. Skoro nie mogę znaleźć samochodu, który mi pasuje, to może poskładam go sobie z części?


* - jest też teoria, która wiąże wyniki testów z przepływami finansowymi między wydawnictwami a firmami motoryzacyjnymi, ale to są tylko niczym nie poparte spekulacje, prawda? ;-)