29 sie 2014

DTM na Nürburgringu

Dawno nie byłem na żadnej imprezie motoryzacyjnej. Co prawda wiosną odwiedziłem wystawę w Genewie, ale od zeszłorocznej Barbórki warszawskiej omijałem sport motorowy - a może to sport omijał mnie. Z olbrzymim żalem opuściłem tegoroczny Rajd Polski, który ponownie rozgrywany jest wczesnym latem. Niestety kiepskie planowanie spowodowało konflikt terminów i nie zdążyłem na czas wrócić z urlopu. Postanowiłem więc nadrobić zaległości. Pierwotnie zamierzałem wybrać się na wyścig Formuły 1 na pięknym torze Spa-Francorchamps, ale po krótkim namyśle postanowiłem nie czekać i skorzystałem z wcześniejszej okazji. Wybrałem się na wyścig DTM na torze Nürburgring.

Z racji podjęcia decyzji o wyjeździe niemal w ostatniej chwili hotel zarezerwowałem tuż przed wyjazdem, tzn. w piątek wieczorem. Najbliższe wolne pokoje były 50km od toru i kosztowały 65€. Przebiegła mi jeszcze przez głowę myśl, żeby nie robić rezerwacji i poszukać pokoju do wynajęcia w jednym z miasteczek w pobliżu toru, jednak nie zdecydowałem się ten ruch. I to chyba była dobra decyzja, bo tabliczkę "Zimmer Frei" wypatrzyłem tylko w jednym miejscu. Rozważałem też wzięcie namiotu, ale prognoza pogody - 10 stopni i deszcz, szybko mnie odwiodła od tego pomysłu. Ostatecznie wybór hotelu okazał się udany, głównie za sprawą urokliwego położenia w małym miasteczku w dolinie Mozeli, gdzie chcąc nie chcąc wieczór należało spędzić z kieliszkiem lokalnego wina. Polecam! Lekcja na przyszłość: jeśli chce się mieszkać blisko toru, hotel należy rezerwować z wyprzedzeniem.

Trochę mniej szczęścia miałem z biletami na wyścigi. W sobotę wczesnym popołudniem wszystkie miejsca na "złotych" trybunach były już wyprzedane i pozostały jedynie trybuny "srebrne" lub "brązowe". Spośród srebrnych, wolne miejsca były na trybunach 12a, 5a i 10b. Za radą kasjerki wybór padł na tę ostatnią. Alternatywą była 12a, a podobno najmniej atrakcyjna z tych trzech jest trybuna 5a. Ku pamięci: weekendowe bilety na trybunę złotą kosztowały 55€, na srebrną - 40€, a na brązową - 30€. Wstęp na padok kosztował dodatkowo 30€. W przedsprzedaży było to odpowiednio: 52, 36, 26 i 25€, czyli oszczędność wynikająca z wcześniejszego zakupu nie jest duża, ale niewątpliwą zaletą jest większa dostępność dobrych miejsc. À propos pieniędzy, przy torze są bankomaty firmowane przez Sparkasse, ale niestety nie udało się z nich skorzystać, mimo że na wyświetlaczach były widoczne loga Visa, Maestro i MasterCard. Także o wypłacie warto pamiętać przed przyjazdem na tor, bo o ile za bilety można zapłacić elektronicznie, to już w stoiskach z jedzeniem trzeba korzystać z gotówki.

Na koniec praktycznej części notki dwa słowa o parkingach. Od strony trybuny głównej parkingi są oznaczone literą B i w sobotę popołudniu te najbliżej toru były już zajęte. Najbliżej trybuny T10b jest parking C8, ale o 10 rano w niedzielę był już zajęty, szczęśliwie parking C7 też jest dość blisko. Zaletą parkingów po tej stronie toru jest względnie szybki wyjazd w kierunku autostrady nr 1 i tylko pierwszy skręt w lewo na drogę 258 może być trudny, więc warto rozważyć wyjazd w kierunku południowo-zachodnim do drogi 257, z której na drogę 258 można wjechać na bezkolizyjnym skrzyżowaniu.

Ale przecież nie po to piszę tę notkę, żeby rozprawiać o logistyce. Najważniejsze były wyścigi. Oprócz DTM, czyli chyba najważniejszej niemieckiej serii wyścigowej, można było obejrzeć Porsche Carrera Cup Deutschland, europejską Formułę 3, Volkswagen Scirocco R-Cup oraz Auto GP. Tych dwóch ostatnich nie udało mi się obejrzeć w akcji. Z pozostałych, najbardziej widowiskowy był oczywiście wyścig DTM. Jednocześnie był to wyścig zdecydowanie najdłuższy, bo trwał ponad godzinę (49 okrążeń) i najgłośniejszy. Porsche były znacząco cichsze, mimo niewielkiej różnicy pojemności (Porsche 3.8 B6 460KM, DTM 4.0 V8 około 500KM). O Formule 3 z zaledwie czterocylindrowymi dwulitrówkami w kontekście dźwięku nie warto wspominać, choć to nie znaczy, że w trakcie wyścigu było cicho. Na pewno nie było też wolno, bo bolidy F3 mają około 225KM, a ważą jedynie 565kg (z kierowcą) i wykręcają czasy nieco lepsze od DTM.


Zanim jeszcze przekonałem się, jak brzmią różne silniki, zajrzałem na padok. Największą jego atrakcją miał być 45-minutowy pitwalk, który mnie nieco rozczarował. Zespoły nie pracowały przy samochodach, na wszystkich stały tabliczki "Parc fermé, Do Not Touch!". W porównaniu z parkiem serwisowym na rajdach tutaj po prostu wiało nudą. W tej sytuacji największą atrakcją były dziewczyny trzymające znaczki z nazwiskami kierowców. Niestety z powodu pogody żółte stroje nie były tak skąpe jak zwykle ;-)

Ale nie ma co narzekać, nie nogi przyjechałem oglądać. Inne widoki na padoku były bardziej interesujące, chociażby ciężarówki. Zespół Mercedesa przyjechał Actrosami, Audi - z racji powiązań finansowych z Volskwagenem - Manami. Zastanawiałem się, jakiego wyboru dokonało BMW, które nie ma w ofercie ciężarówek. Okazało się, że również postawiło na Many, być może dlatego że siedziby obu firm oddalone są o zaledwie kilka kilometrów. Najwygodniejszym środkiem transportu na padoku jest skuter, większość to raczej poręczne pięćdziesiątki i stodwudziestkipiątki, ale BMW przywiozło też C evolution, czyli maxiskuter elektryczny, oczywiście "powered by M".

Oczywiście oprócz serwisów zespołów wyścigowych były też osobne serwisy oponiarskie. DTM ma umowę z Hankookiem, podobnie Formuła 3, Scirocco jeździły na Dunlopach, a Porsche - na Michelinach. Zużyte opony cieszyły się dużym powodzeniem i sam też się zastanawiałem, czy nie wrzucić jednego lub dwóch slicków do bagażnika, ale nie przyszedł mi do głowy żaden sensowny pomysł na zagospodarowanie takiego trofeum. Niestety DTM jeździ na osiemnastkach, które nie pasują na żaden z dostępnych mi pojazdów. Wróciłem więc z pustymi, za to czystymi, rękami.


Po obejściu padoku przyszła pora na prawdziwe ściganie. W planie miałem obejrzenie wyścigów Carrera Cup i Auto GP. Jednak jak to w sporcie bywa, plany szybko legły w gruzach. Zaraz po starcie Carrera Cup wyścig został przerwany z powodu dość poważnie wyglądającego wypadku. W jego wyniku do szpitala trafił jeden kierowca - jak się później dowiedziałem był to Robert Lukas, jedyny Polak startujący w niemieckim Carrera Cup - a ściąganie rozbitych samochodów i sprzątanie toru trwało na tyle długo, że nie czekałem już na wznowienie wyścigu. W zamian skorzystałem z okazji i zrobiłem jedno kółko po pętli północnej, która tego dnia była otwarta dla "turystów", koszt dziesięciu minut przyjemności to jedyne 27€. Po tej krótkiej rozrywce udałem się do wspomnianego już hotelu, po drodze nie odmawiając sobie Flammkuchen, czyli tradycyjnej, wiejskiej potrawy jakby w formie bardzo cienkiej pizzy, zrobionej z ciasta chlebowego z sosem śmietanowym, cebulą i boczkiem (tym razem zamiast boczku były kurki). To jest moje ulubione niemieckie danie - być może dlatego, że tak naprawdę pochodzi z Alzacji. ;-)

W niedzielę w okolice toru udało się dotrzeć dopiero o 10, więc już po wyścigu Scirocco R-Cup, a to znaczy, że nie zobaczyłem w akcji samochodów na gaz ziemny (CNG). Na trybunę wszedłem w trakcie drugiego wyścigu Porsche Cup.


Następnie był wyścig Formuły 3.


W tym wyścigu w barwach Red Bulla jechał Max Verstappen, syn byłego kierowcy F1 - Josa. Max niestety nie dotarł do mety, bo na pięć okrążeń przed końcem silnik dostarczony przez Volskwagena wyzionął ducha. Jednak mimo tej awarii Max miał nie najgorszy tydzień. Raptem kilka dni wcześniej dołączył do zespołu Red Bull
Junior Team, a już następnego dnia po pechowym wyścigu pojawiła się informacja, że od następnego sezonu będzie jeździł w zespole Toro Rosso w Formule 1. Będę trzymał za niego kciuki i mam nadzieję, że przyćmi swojego ojca, który jeździł w F1 8 sezonów i dwa razy stanął na podium. Ciekawostką jest, że matka Maxa - Sophie Kumpen też ma doświadczenie wyścigowe, w młodości uprawiała karting i w roku 1995 wygrała prestiżowe Trofeo Margutti. Maxowi nie udało się powtórzyć tego wyczynu w 2012.

Wróćmy jednak do DTM, po wyścigu Formuły 3 była dłuższa przerwa, którą wykorzystałem na kolejną wizytę w padoku połączoną z pitwalkiem, tym razem nieco ciekawszym, bo w niektórych boksach jeszcze coś się działo. Zastanawiające jest, że silniki były przykryte płachtami, które były zdejmowane tuż przed założeniem maski i to w taki sposób, żeby nie odsłonić silnika gapiom.


Tym razem nie było dziewczyn z Deutche Post, w ramach pocieszenia przy Audi sponsorowanym przez Playboya były króliczki. Był także koncert Andreasa Bouraniego - niemieckiej gwiazdki pop. Ale prawdę powiedziawszy mało kto zwracał na niego uwagę.


Po tych wszystkich atrakcjach, oraz po zjedzeniu przesolonych frytek, wróciłem na trybuny, żeby obejrzeć główny wyścig weekendu. Okazał się dość emocjonujący, acz niestety większość ekscytujących wydarzeń miała miejsce w innych częściach toru, więc można je było zobaczyć jedynie na telebimie. Ale i pod nosem było dość ciekawie, bo hamowanie do ostrego zakrętu, a potem krótka prosta dostarczały ciekawych wrażeń, w tym również dźwiękowych. Fajnie było oglądać Augusto Farfusa (BMW), który po wczesnym pit stopie wymuszonym przez kolizję z Jamie Greenem (Audi) jadąc na miękkich oponach na każdym okrążeniu wyprzedzał co najmniej jednego przeciwnika. Niestety, kiedy przeciwnicy zmienili opony na miękkie, a Farfus na twarde, role się odwróciły i niebiesko-zielone BMW traciło pozycje z każdym kółkiem. Nie doczekawszy deszczu, który mógłby mu pomóc - do czego przyznał się po wyścigu - Augusto zjechał do boksów przed
końcem wyścigu. Ciekawy pojedynek stoczyli też Timo Glock (BMW) i Gary Paffet (Mercedes), sporo było przepychania i wyprzedzania, ostatecznie zwycięsko z tej walki wyszedł Paffet, który dzięki temu zajął... 16 miejsce (15. po tym jak Joey Hand (BMW) dostał 30 sekund kary za niebezpieczny wyjazd z pitstopu już po zakończeniu wyścigu). Na czele nie było aż tak wielu emocji, pierwsze trójka nie zmieniła się od drugiego okrążenia aż do końca, z wyjątkiem dwóch kółek w trakcie których czołówka zjeżdżała na pit stop. Ostatecznie pierwsze miejsce zajął Marco Wittmann (BMW), drugie - Mike Rockenfeller, trzecie - Edoardo Mortara (obaj Audi). Na dwóch ostatnich miejscach przyjechali "emeryci" z Formuły 1 - Timo Glock (BMW) i Witalij Pietrow (Mercedes). Honor kierowców F1 uratował Paul di Resta, który był czwarty i jednocześnie najszybszy z kierowców Mercedesa.


Po wyścigu DTM były jeszcze dwa inne wyścigi, ale nie czekałem już na nie, tylko udałem się do domu na spotkanie z kumplem z liceum, który postanowił mnie odwiedzić "po drodze do Bremy". Udany weekend zakończył się udanym wieczorem przy holenderskim piwku.


PS. Na Formułę 1 do Belgii tydzień później też pojechałem :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza