Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Honda. Pokaż wszystkie posty

31 gru 2013

Podsumowanie 2013 (kontra 2012)

Nie da się ukryć, że w minionym roku mocno zaniedbałem bloga. Niewiele pisałem, bo niewiele też jeździłem, równie niewiele czytałem o motoryzacji i w ogóle niezbyt dużo czasu poświęcałem zagadnieniom motoryzacyjnym. A skoro nie dużo się działo, to nie było sensu na siłę szukać tematów. Co prawda powtarzające się problemy z jednym autem, jeszcze nie opisanym na blogu, przysparzały mi bólu głowy i odchudzały portfel, ale fakt ten raczej mnie do pisania nie zachęcał. Chyba jedyną zmianą na lepsze był powrót do dwóch kółek.

Jednak parę znaczących wydarzeń warto wspomnieć. Z nielicznych lektur motoryzacyjnych szczególnie w pamięć zapadła mi autobiografia Sebastiena Loeba. Nie z powodu barwności języka, czy lekkości pióra - tu akurat Sebastien nie ma się czym pochwalić, ale jego historia jest wspaniałym przykładem, że nie trzeba poddawać się despotycznym rodzicom (vide Lewis Hamilton, czy siostry Radwańskie), ani katować się treningami od najmłodszych lat (choć akurat Loeb na treningi chodził, tyle że gimnastyczne). Można przerwać edukację i palić trawę na komisariacie, a mimo tego trafić na szczyt i pozostać tam wiele lat. Wystarczy nie rezygnować ze swojej pasji. Aha, trzeba też mieć olbrzymi talent i jeszcze więcej szczęścia. W każdym razie książkę polecam nie tylko fanom rajdów samochodowych. (Z książek niemotoryzacyjnych mogę zarekomendować Viper Pilot F-16.) Polecam też film Rush, polski tytuł Wyścig, który moim zdaniem jest najlepszym filmem o tematyce motoryzacyjnej od wielu lat (tak, jest lepszy od Cars ;)).

Wracając do samochodów, dużą zmianą było pozbycie się jednego auta. Tiguana oddałem bez żalu, acz nie bez wahania. I do tej pory nie mogę się przyzwyczaić do braku samochodu pod domem. Wymaga to więcej planowania, i co chyba najbardziej mnie zaskoczyło, wymusza zwracanie większej uwagi na pogodę za oknem.

W statystykach rok 2013 wypadł nieco gorzej od 2012. Jako kierowca jeździłem tylko sześcioma samochodami (w 2012 - dwunastoma), w tym tylko jednym dieslem (w 2012 - trzema). Samochody miały moc od 77KM do 358KM (w 2012 75KM - 349KM). Tylko jeden - Fiacik - był wolnossący, pozostałe miały turbinę, a jeden dodatkowo sprężarkę mechaniczną (w 2012 4 - wolnossące, 8 - turbo, 1 - turbo+kompresor). Połowa z sześciu tegorocznych samochodów była na F, ale żaden z nich nie był z Francji. Kolejne dwa samochody były na S, choć z Japonii. I byłoby pięknie, gdyby ten ostatni, którym jeździłem najwięcej, nie nazywał się Volkswagen ;) Co ciekawe to właśnie japoński produkt przyprawiał najwięcej zmartwień, podczas gdy auta na F i na V były bezawaryjne.

Zarówno w minionym, jak i poprzednim roku, byłem na Rajdzie Polski i na warszawskiej Barbórce. W 2012 roku byłem też na targach motoryzacyjnych w Genewie i w Paryżu oraz w fabryce Mazdy w Hiroszimie (muzeum raczej słabe, ale wizyta na linii produkcyjnej - niezapomniana). W 2013 odwiedziłem tylko jedną wystawę statyczną - Louwman Museum w Hadze, w zamian postawiłem na bezpośrednie doznania i wybrałem się na lotniska w Ułężu i Nowym Mieście nad Pilicą. Mam jednak niedosyt imprez motoryzacyjnych i w miarę możliwości postaram się to nadrobić w nadchodzącym roku.

No i tradycyjne zestawienie "naj" z nieco już zapomnianego roku 2012:
  • najfajniejsze auto: Subaru Impreza 2.5STI
  • najgorsze auto: Chrysler 300C
  • najmocniejsze auto: 349KM (STI)
  • najsłabsze auto: 75KM (Clio)
  • najfajniejsza trasa: w poprzek Gran Canarii (Clio)
  • najprzyjemniejsza trasa: z Zurychu do Genewy i z powrotem, częściowo jako pasażer (Tiguan)
  • najdłuższa trasa: ~620km po holenderskich i niemieckich autostradach (Tiguan)
  • najfajniejszy moto-gadżet: Intercooler Water Spray (STI)
A na koniec podsumowanie całkiem jeszcze świeżego 2013 roku:
  • najfajniejsze auto: Subaru Impreza 2.5STI
  • najnudniejsze auto: VW Tiguan 1.4TSI, na drugim miejscu z niewielką stratą uplasował się Ford Focus 1.6TDCi
  • najmocniejsze auto: 358KM (STI)
  • najsłabsze auto: 77KM (Punto)
  • najprzyjemniejsza jazda: Ułęż zimą (STI), na drugim miejscu Przełęcz Salmopolska, również zimą (również STI)
  • trasa z najładniejszymi widokami: pomiędzy ruinami Bagan na e-bike'u - nie wiem, czy to się zalicza do pojazdów mechanicznych, jeśli nie, to wygrywa dolina rzeki Kwai na Hondzie Click
  • najdłuższa trasa: ~480km (STI) - sieć dróg ekspresowych w Polsce, mimo że ciągle poszatkowana, naprawdę usprawnia jazdę

27 lis 2013

2oo

Powróciłem do dwóch kółek. I nie chodzi mi o rower, którym czasami jeżdżę do sklepu, lecz o pojazd napędzany silnikiem spalinowym. Ale może zacznę od początku. Blog istnieje już ponad trzy lata, a chyba nigdy nie zdradziłem, że motocykle są moją pasją równą, a okresowo nawet większą, niż samochody. Jednak splot różnych wypadków życiowych spowodował, że od kilku lat praktycznie nie jeździłem motorem*. Tymczasem mój esfał (dla laików: Suzuki SV650S) czekał cierpliwie w garażu. I doczekał się, bo w tym roku został w końcu wyprowadzony na dłużej. Mimo tego aż do początku listopada żaden przełom mentalny nie nastąpił. Jeździłem rzadko i krótko. Dopiero niedawny urlop w południowo-wschodniej Azji przyniósł prawdziwy powrót dwukołowego ducha.

Tamtejszy klimat tak bardzo zniechęcał do zbędnego wysiłku fizycznego, że jazda rowerem nie wchodziła w grę. A nachalność i chciwość taksówkarzy i tuk-tukowców wzmagała niechęć do podróży i tymi środkami transportu. Wypożyczenie samochodu w większości miejsc było niemożliwe bądź nieopłacalne, za to niemal wszędzie dostępne były skutery. I tym sposobem spędziłem kilka dni na dwóch kółkach, w ogóle tego wcześniej nie planując. Zaczęło się niewinnie od elektrycznego skuterka, który mimo malutkich kółek zadziwiająco dobrze radził sobie na polnych drogach. Skuterek był formalnie zwany e-bikem, miał więc też pedały, użycie których było równoznaczne maksymalnemu odkręceniu gazu. Najwyraźniej producent stwierdził, że skoro ktoś pedałuje, znaczy chce przyspieszyć. Mimo tej drobnej przypadłości, oraz chińskiego pochodzenia, przypadł mi do gustu ten elektryczny wehikuł. Ciekawe, czy ktoś w Polsce to sprzedaje? Chińskie skutery podbijają rynek jednośladów, może jest też popyt na wersje elektryczne. Gdyby ktoś chciał rozkręcić biznes, tu jest strona producenta.

Wróćmy jednak to wakacyjnych przygód. Parę dni później dane mi było pojeździć zmęczonym życiem Kenbo KB110. Tym razem był to już prawdziwy skuter z silnikiem spalinowym. Niestety nie znalazłem żadnych wiarygodnych informacji o producencie tego pojazdu, ale mam wrażenie, że albo w grę wchodziła licencja na jakiś stary japoński skuter, albo znaczącą rolę odegrała tu niezwykła chińska umiejętność kopiowania. Niemniej skuter poruszał się dość sprawnie i przynajmniej nic się w nim nie popsuło. Czego nie da się powiedzieć o Hondzie Wave 110, którą wypożyczyłem dwa dni później, a w której po całym dniu jeżdżenia urwała się linka hamulcowa. Nie dziwi jednak, że mimo usterki ogólne wrażenie Honda sprawiała lepsze od Kenbo, acz ku mojemu zdumienia różnica nie była kolosalna.

Ale najlepsza zabawka trafiła w moje ręce na koniec - Honda Click 125. Jest to dość mały skuter, wręcz niepozorny, co prawda z tarczowym hamulcem z przodu, ale niezbyt dużym, więc na pierwszy rzut oka nic nie zdradzało, ile radości może sprawić jazda tym maleństwem. Różnica w prowadzeniu, osiągach i przyjemności z jazdy pomiędzy Clickiem a Wavem to była przepaść. Oczywiście w sporej części wynikało z faktu, że Wave był dość stary (licznik nie działał, a mimo tego drogomierz pokazywał ponad czterdzieści tysięcy kilometrów), a Click sprawiał wrażenie niemal nowego (na liczniku było nieco ponad dziesięć tysięcy kilometrów). Ale nawet po wzięciu poprawki na wiek, Click wydawał się skuterem z innej bajki.

Przyznaję, moje wcześniejsze doświadczenia skuterowe nie wykraczały poza rachityczne pięćdziesiątki, które przyspieszały dość ociężale. Tymczasem okazało się, że stodwudziestkapiątka bez większego wysiłku startuje spod świateł szybciej niż samochody. Dodając do tego pewne prowadzenie, zwinność, łatwość parkowania i pozostałe zalety małego skutera, w moim właśnie stworzonym rankingu daje to najlepszy współczynnik mocy do funu od czasu upalania malucha podkradanego od mamy (słynny biały sej też jest wysoko w tej konkurencji). Prędkość maksymalna na płaskiej drodze z dwiema osobami na pokładzie wynosiła prawie 100km/h (licznikowo), przyspieszanie nawet pod dość stromą górkę nie stanowiło żadnego problemu. Innymi słowy, taka moc w małym skuterze jest zupełnie wystarczająca.

Są oczywiście równie niewielkie skutery z jeszcze mocniejszymi silnikami, jak np. Vespa GTS, ale ich masa zbliża je do regularnych motocykli. Jeśli jednak będę miał okazję, na pewno sprawdzę, czy jazda nimi jest równie przyjemna, bo za sprawą wakacyjnych doświadczeń zagustowałem w skuterach. Nie dziwiłbym się tak bardzo, gdyby to były maxi-skutery w stylu Burgmana, T-Maxa, czy Piaggio MP3. Szczególnie ten ostatni chodził mi po głowie od pewnego czasu. Ale fakt, że spodobała mi się jazda małym skuterem nieco mnie zaskoczył. Człowiek jednak poznaje siebie całe życie. I tą głęboką myślą kończę dzisiejszy wpis, a sam wracam w czeluści internetu przeglądać ogłoszenia.


* - wbrew niektórym purystom, uważam słowo motor za synonim motocykla. Zresztą Słownik Języka Polskiego potwierdza takie znaczenie, acz zaznacza, że jest to użycie potoczne. Nie oszukujmy się jednak, ten blog nie aspiruje do nagród literackich i nie jest to ani pierwsze, ani ostatnie potoczne słowo, które się tu pojawia.

10 lip 2011

Zagubione fotki z wakacji

Kontynuując trend krótkich notek zdjęciowo-tekstowych, dziś wpis z trzema fotkami wakacyjnymi. Jedną znalazłem na zepsutej karcie pamięci, druga leżała na dysku w jakimś zapomnianym folderze, trzecie po prostu czekała na okazję, żeby ujrzeć światło dzienne.

Na pierwszym zdjęciu jest Toyota 4Runner pierwszej generacji, model dość rzadko spotykany w Polsce, a może i w całej Europie, bo chyba nigdy nie był tu oferowany przez Toyotę. Trzeba przyznać, że ten egzemplarz był nieźle przystosowany do belizeńskich dróg.


Na drugim zdjęciu jest Honda Civic ósmej generacji w wersji Coupe. To również model nigdy nie oferowany w Europie. Czy szkoda? Każdy może ocenić sam. Podpowiem tylko, że pod maskę Civica Coupe trafiał między innymi silnik K20, prawie taki sam jak w Civicu Type-R - z odcięciem powyżej 8000 obr.


Samochód z trzeciego zdjęcia chyba każdy rozpozna. Muszę przyznać, że w pełnym słońcu czerwony lakier przyciągał uwagę. Niestety z bliska Mustang stracił nieco uroku.

26 mar 2009

Spotkanie z Insightem

Wpadłem dziś do salonu Hondy, dosłownie na dwie minuty, ale zdążyłem rzucić okiem na Insighta. Szybkie porównanie z Civiciem wygląda tak:
- trochę gorsze zegary
- trochę gorsze plastiki w środku
+ ładniejsza tapicerka w standardzie
+ brak zgrubienia od strony kierowcy ;-)
+ manetki zmiany biegów przy kierownicy

Manetki mnie zaintrygowały, bo albo zamontowali zupełnie inną skrzynię biegów, albo do bezstopniowego automatu dołożyli "biegi", czyli ustalone przełożenia. Stawiam na to drugie rozwiązanie, ale sprawdzę to, jeśli uda mi się załatwić jazdę testową.

23 mar 2009

Civic Hybrid

Oddałem Golfa, odebrałem Ibizę. Niby jest naprawiona, ale klekot pozostał. Za to jakby się trochę żwawsza zrobiła. Gdzie jest to RC, które mnie tak okrutnie objeżdżało...? ;-)

Ale klamka zapadła, jeśli się uda, to turboklekota wymienię na jakąś benzynę, choćby wolnossącą. Notka miała być właśnie o D vs Pb, ale k. się upomniał o opis hybrydy, więc proszę czytać, komentować, tylko nie krytykować przesadnie, bo się zamknę w sobie i przestanę pisać. Pewnie zresztą z korzyścią dla pisania. ;-)

Jakby ktoś jeszcze nie widział, to Civic Hybrid wygląda tak:
Zdjęcie z www.honda.nl.

Zaczynamy od zalet, bo tych jest mniej.

+ Zegary. Nawet w słoneczny dzień wyświetlacze wyglądają kosmicznie. Tylko dlaczego jest ich tak dużo? W testówce było w sumie pięć: prędkościomierz, obrotomierz, radio, klimatyzacja i jeszcze Parrot, czyli Bluetooth za skromne ~300€.

+ Skrzynia biegów. Bezstopniowy automat jest zupełnie fajny przy spokojnej jeździe. Im mocniej wciskasz gaz, tym wyższe ustawia obroty, ale nie mogłem się do niego przyzwyczaić, jednym zdaniem jakiś taki dziwny.

Jakoś dziwnie wyszło, że każda zaleta ma jakieś "ale", więc może lepiej przejdźmy do wad.

- Lusterka zewnętrze. Są duże, masywne, wręcz kosmiczne, ale zupełnie w innym znaczeniu niż wyświetlacze. Tam to była zaleta, tutaj raczej nie.

- Komputer pokładowy. Chwilowe spalanie pokazywane jest zamiennie z temperaturą oleju. Przebiegli programiści przewidzieli maksymalną wartość 12l. Przynajmniej nikt nie powie, że mu Hybrid pali 99,9.

- Jeszcze raz komputer pokładowy. Mali japońscy konstruktorzy umieścili przełącznik komputera na desce rozdzielczej, czyli żeby zmienić opcję, trzeba zdjąć rękę z kierownicy. Ergonomia po japońsku daje o sobie znać, niestety nie po raz ostatni.

- Dźwignia hamulca ręcznego. Jest tak umieszczona, że zawracanie nie byłoby moim ulubionym manewrem. Dodatkowo ciężki tył wyjątkowo dobrze trzymał się asfaltu. Co oczywiście w większości przypadków jest raczej zaletą niż wadą.

- Sterowanie z kierownicy. We wszystkich samochodach z tempomatem, którymi jeździłem sterowanie radiem było z prawej strony, a tempomat z lewej. Ale przecież Civic to japońskie auto, więc co tylko się dało, trzeba było zrobić na odwrót.

- Tapicerka welurowa. Są dostępne dwa wzory, czarny i beżowy, oba w skośne paski, ale generalnie jednolite. Trochę to niestety przypomina design z lat 80. Na szczęście skóra kosztuje jedyne 2000€.

- Centralna konsola. Z powodu automatycznej skrzyni biegów tunel między nogami kierowcy a pasażera jest wyjątkowo szeroki, a ponadto po lewej stronie jest dodatkowe zgrubienie. Niby drobiazg, ale to właśnie z tego powodu nie kupię Civica. A może to nie jest takie głupie, mieć samochód, który co godzinę wymusza przerwę w podróży z powodu urazu łydki.
Fotka pochodzi z www.auto55.be.

Podsumowanie. Podobnie jak Prius, Civic to zupełnie normalne auto, mimo że hybrydowe. Widać, że konstrukcyjnie jest nowszy od Priusa, ponadto jest ładniejszy, pewnie dlatego sprzedaje się lepiej. Ale jedna drobna wada potrafi przekreślić wszystkie zalety. Jak sobie przypomnę bolącą nogę, to wolę poczekać na Insgihta.


PS. Zastanawiałem się, dlaczego to zgrubienie jest właśnie od strony kierowcy, a nie pasażera. I przypomniałem sobie, że dla Japończyków to jest właśnie strona pasażera. :-D